Niewiele ponad miesiąc temu, 24 stycznia pojawił się pierwszy "Przekrój" w nowym layoucie. Na temat makiety się nie wypowiem, bo nie mam nic pozytywnego do powiedzenia (niektóre infografiki wyglądają przerażająco...). Ale wraz z nowym wyglądem tygodnika pojawiła się rubryka, która mnie zainteresowała. Na ostatniej stronie redakcyjnej (numer 82) znalazłem "Stopklatkę" - początkowo identyfikowaną w nagłówku strony, od drugiego odcinka strona znów nazywa się "Rozmaitości", a "Stopklatka" trafiła przed nazwisko autora - ale to szczegóły, dygresja, którą co prawda mógłbym jeszcze ciągnąć, lecz mam litość ;-).
Redaguje "Stopklatkę" Kuba Dąbrowski - bardzo dobry fotograf, jeden z fotoedytorów "Przekroju". Aha, bo jeszcze nie napisałem, rubryka opiera się na prezentacji jakiegoś zdjęcia i krótkiej opowieści na jego temat. Zaczęło się od kolaboracji Salvadora Dali i Philippe'a Halsmana (wielka czaszka z nagich, kobiecych ciał), potem był nasz rodzimy Adam Golec (ślub niezbyt znanego w chwili wykonania zdjęcia Jana Rokity), później m.in. klasyk Weegee. Kuba (nie znam człowieka, ale z takim imieniem trudno się spodziewać, że będę o nim pisał po nazwisku) w krótkim akapicie / dwóch pisze o kulisach powstania prezentowanej fotografii, czasem skupia się na autorze.
skanera brak, a fotografowanie pomiętych kartek wyrwanych z gazety najwyraźniej nie idzie mi najlepiej
Najważniejsze jest główne, największe zdjęcie, ale zawsze drukowanych jest ich więcej - np. wcześniejsze lub późniejsze klatki, dokumentacja sesji. Zawsze też wyróżniona zostaje jakaś ciekawostka, jak komentarz do fotografii, która ostatecznie ukazała się w gazecie (choć wcale nie była najlepsza) czy podkreślenie znaczenia danej foty we współczesnej ikonografii.
Wszystkie "Stopklatki", które przeczytałem, były ciekawe (choć oczywiście, ze względu na objętość, zostawiają niedosyt). Myślę, że mogą zainteresować również niefotograficznego czytelnika "Przekroju". Brawo, bo to cud, że taka rubryka w ogóle powstała. W obliczu stale zmniejszającego się zaufania ludzi do fotografii i niknącego szacunku dla tego medium ("moja komórka lepsze fotki robi"), była to zapewne trudna, a na pewno ryzykowna decyzja redakcji. Z tym większym przekonaniem piszę - szacuneczek.
PS Wybaczcie te wszystkie nawiasy - jakoś tak mnie naszło. Obiecuję poprawę.
2008/03/02
"Stopklatka" w "Przekroju", czyli cud nad Wisłą
Autor:
elkac
o
00:51
1 komentarze
Etykiety: czasopisma, polska
2008/02/29
Yours Gallery rozczarowaniem roku 2007?
Dostęp do tygodników mam z pewnym opóźnieniem - "Polityka" trafia do nas od moich rodziców, "Przekrój" od rodziców mojej drugiej połówki. Dlatego dopiero niedawno przejrzałem "Politykę" z 26 stycznia (co tam miesięczny poślizg...). W dziale "Kultura", na stronie 74 znalazłem napisany przez Piotra Sarzyńskiego "Ranking polskich galerii". Wśród największych rozczarowań roku 2007 znalazła się warszawska Yours Gallery. Cytuję (całość, bez skrótów):
"Galeria fotografii, która zaczęła bardzo spektakularnie w 2004 r. W 2006 r. przeniosła się do nowej, pięknej siedziby i choć nadal organizuje mnóstwo wystaw, to brak mi takich fajerwerków jak pamiętne ekspozycje Erwitta, Salgado czy Webba. Trochę za dużo fotografii reportażowej, trochę za mało artystycznej".
No cóż, ja rozumiem, że można nie lubić fotoreportażu (sam wielkim fanem nie jestem), ale uznanie za nieudany roku, w którym w Yoursie można było obejrzeć prace Edwarda Burtynsky'ego, Rogera Ballena, Hellen van Meene czy Lorenzo Castore, to chyba lekka przesada.
Oczywiście nie było takich samograjów jak Erwitt (którego uwielbiam) czy Salgado (który mnie nie przekonuje), ale fotografia to naprawdę nie tylko agencja Magnum i bezpieczne zdjęcia, które można obejrzeć podczas niedzielnego spaceru na Starówkę (bo nawet Salgado, który przecież najmilszych rzeczy nie pokazuje, nikomu dnia nie zepsuje).
W ostatnich miesiącach Yours nieco zwolnił, ale nawet ja nie zacząłem jeszcze narzekać, a to o czymś świadczy.
Autor:
elkac
o
02:46
3
komentarze
Etykiety: czasopisma, polska, porażka
"Związki" Jindřicha Štreita w ZPAF-ie
W Starej Galerii ZPAF zakończyła się właśnie zorganizowana wspólnie z Centrum Czeskim wystawa "Związki" Jindřicha Štreita. Zestaw pokazywany przy Placu Zamkowym został skompilowany specjalnie do tej prezentacji i obejmuje kilkadziesiąt prac wykonanych od połowy lat 70. ubiegłego wieku. Widzowie obejrzeli bardzo szeroki przegląd twórczości jednego z najlepszych czeskich fotografów tworzących w nurcie fotografii humanistycznej. Czarno-białe, ziarniste odbitki ukazują sceny życia codziennego nie tylko naszych czeskich przyjaciół, ale też naszych rodziców - część zdjęć pochodzi z Polski.
Fotograf z czułością dokumentuje zabawy dzieciaków, alkoholowe rozrywki dorosłych, trudy i radości (tekst zupełnie jak z poprzedniej epoki - wybaczcie... ;-) Wiele zdjęć jest świetnych - jeśli ktoś lubi taką fotografię oczywiście (ja mam słabość do HCB, Erwitta i Doisneau, więc z przyjemnością je obejrzałem), inne nie do końca przekonują, ale i tak mają dużą wartość poznawczą. To aspekt fotografii, który od niedawna odkrywam na nowo, a prace Štreita są pod tym względem idealne. Absurdalne zabawy (choć nie zawsze jest idyllicznie), wszechobecny brak pośpiechu (czy się stoi, czy się leży...), bieda, która nie jest tragedią, i ludzie - Štreita interesują przede wszystkim ludzie. Związki między nimi, kobieta i mężczyzna, rodzice i dziecko, człowiek i przyroda - wszystko to pokazuje z podziwu godną szczerością i otwartością na drugiego człowieka, bez oceniania. Na jego zdjęciach zupełnie nie widać rezygnacji czy braku wiary w ludzi, co może dziwić u faceta z takim życiorysem (często miał pod górkę, w latach 80. zakazano mu fotografować).
Bardzo dobrze, że mogliśmy "Związki" obejrzeć, choć dziś trzeba tę wystawę rozpatrywać raczej w ramach powrotu po latach i historii, niż jako nowość (pod względem formalnym jest to przecież fotografia mocno przykurzona, żeby nie powiedzieć zramolała); nie można też powiedzieć, że właśnie odkryliśmy Štreita dla potomności. Ale OK - nie każda wystawa musi gonić światowe trendy.
Szkoda, że na pochwałach się nie skończy, ale sposób prezentacji wystawy woła o pomstę od nieba. Światło o różnej temperaturze, pasujące bardziej do pustego sklepu z lat 80. niż do galerii fotografii (może to przewrotne nawiązanie do okresu, z którego pochodzi większość zdjęć pokazywanych na wystawie? ;-), poobijane ramy, zdjęcia upchnięte na zbyt małej przestrzeni - to tylko niektóre minusy. Kiedy oglądałem "Związki", na jednej z sal galerii stał nawet fortepian, a w kącie smutna (bo cicha) mównica. Pełna profeska. Nigdy nie lubiłem tego miejsca, ale z pewnością można je lepiej wykorzystać, a sposób prezentacji prac Štreita to porażka na całej linii. Dobrze, że już nie trzeba płacić za wstęp...
Obowiązkowymi elementami wystawy fotografii są najwyraźniej fortepian i mównica. Brawo.
Na jakość odbitek nie będę narzekał, bo zakładam, że pochodzą "z epoki" i wykonał je sam autor, więc w pewnym stopniu niechlujność i niedoskonałości można złożyć na karb braku dostępu do odpowiednich materiałów i zaakceptować jako znak czasów (choć, przyznaję, łatwo mi to nie przyszło).
Krótko mówiąc, cieszę się, że miałem możliwość obcowania z dużym wyborem fotografii Štreita, szkoda, że akurat w Starej Galerii ZPAF, która jakby zatrzymała się jeszcze w poprzednim stuleciu. I to niekoniecznie w ostatniej dekadzie.
ZPAF
Autor:
elkac
o
01:05
0
komentarze
Etykiety: fotografowie, polska, wystawy
2008/01/27
Ale o co chodzi?
Przeglądam dzisiejsze "Wysokie obcasy" [26.01.08, nr 4 (457)], m.in. w poszukiwaniu tematu numeru, czyli materiału o pracujących dzieciach. W końcu go znajduję i przecieram oczy ze zdumienia. Artykuł zatytułowany "Zapłacą najsłabsi" został bowiem opatrzony dziwacznym zbiorem zdjęć. W sumie mogłem się czegoś podobnego spodziewać już po obejrzeniu okładki, która wygląda jak tzw. zdjęcie "archiwalne", czyli staroć po prostu. Poczułem się, jakbym czytał "Stolicę" (tygodnik, jeszcze przed niedawną reaktywacją). Old school totalny - estetyka sprzed czterdziestu lat co najmniej, aż się przykro robi. Zwłaszcza że sam tekst bardzo ciekawy - może nie poruszający, bo Adam Leszczyński (autor) ma dość lakoniczny, rzeczowy styl, ale i tak otwiera oczy. Leszczyński pisze zarówno o pracy "niewolniczej", jak i niewolniczej - nie tylko w Ameryce Łacińskiej czy Afryce, ale też np. w naszym kraju.
Szkoda, że artykułowi słusznie wybranemu na temat numeru towarzyszą takie fotografie. Czarno-białe (nie mam nic przeciwko), ziarniste (nie mam nic przeciwko), jakby z innej epoki (o to się właśnie czepiam). Dlaczego zdecydowano się na taki zestaw? Jedynym powodem, który przychodzi mi do głowy, jest powszechne skojarzenie fotografii czarno-białej z reportażem, prawdą przekazu i zaangażowaniem w sprawę (jak powierzchowne by takie spojrzenie nie było). Nie dość, że wizualnie te zdjęcia trącą myszką, to jeszcze opublikowany zestaw jest mocno średni, nawet po wzięciu poprawki na wybraną przez fotografa konwencję (styl?). Ktoś poszedł po najmniejszej linii oporu i oglądamy katalog pod tytułem: "proszę państwa, oto jak wygląda pracujące dziecko w Peru, w Nikaragui, w Nepalu". Taki wybór okropnie spłyca treść artykułu. Ręce opadają.
Nie wszystkie zdjęcia są słabe, taka ocena byłaby krzywdząca, ale niestety większość kończy na poziomie "może być". Fernando Moreles (bo tak nazywa się ich autor) jest niemal nieobecny w Google'u, ale z tego, co udało mi się ustalić, w czasach, gdy królowała taka fotografia, nie było go jeszcze na świecie albo zajmował się nauką chodzenia, a nie robieniem zdjęć. Co ciekawe, gość został kilka razy nagrodzony w renomowanych konkursach (m.in. moim nieulubionym World Press Photo). Ale to właśnie jego prace ściągają artykuł "Zapłacą najsłabsi" w dół. Przykro mi (serio, wolałbym obejrzeć coś ciekawszego).
Najgorsze jest chyba jednak to, że tutaj tekst jest dodatkiem do zdjęć. Fotografie Morelesa posłużyły za punkt wyjścia - nagłówek przekonuje, że mamy do czynienia z fotoreportażem, co stawiałoby tekst Leszczyńskiego w roli służebnej i, co tu dużo mówić, drugorzędnej. Ech...
"Wysokie obcasy"
Bredzę? Czepiam się? Napisanie komentarza nie boli (wiem, bo sam próbowałem).
Autor:
elkac
o
02:20
1 komentarze
Etykiety: czasopisma, polska, porażka
2008/01/25
Ireneusz Zjeżdżałka "Mały atlas mojego miasta" - małomiasteczkowa miniatura
Ireneusz Zjeżdżałka jest redaktorem naczelnym i głównym motorem napędowym "Kwartalnika Fotografia", fotografem dokumentalistą i wrześnianinem (ostatnia informacja jest w tym wypadku równie ważna, co wcześniejsze). Jak sam o sobie mówi - prowincjusz, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu (to już mój dopisek). Wspólnie z Marcinem Myszkiewiczem (poeta, miłośnik haiku) stworzył malutką książeczkę pt. "Mały atlas mojego miasta" (2003 r., wydawnictwo Kropka). Zdjęcia powstawały w latach 1999-2001 i przedstawiają rodzinne miasto obu panów, czyli Wrześnię. Mały atlas jest rzeczywiście niewielki - albumik ma 7,5 x 11 cm i jest wielkości kasety magnetofonowej (pamięta je ktoś jeszcze?). Każdemu zdjęciu towarzyszy haiku.
Fotografie zostały wykonane starym voigtlanderem 6 x 9 cm i zreprodukowane w skali 1:1. Album (nadal mam problem z użyciem tego słowa w tym poście...) jest wydrukowany na szorstkim, szarawym papierze. Zresztą tutaj praktycznie króluje szarość, bo jakość druku pozostawia wiele do życzenia, ale ponoć tak miało być. Początkowo tego nie kupiłem, zwłaszcza mając w pamięci idealne, wysublimowane odbitki Zjeżdżałki. W "Małym atlasie" szczegółów brak, cienie mają fakturę błota, a światła klarowność pochmurnego listopadowego poranka. Chyba jednak dam się przekonać, że takie było zamierzenie (nie podejrzewam Eryka o niedopatrzenie druku), że tak właśnie może wyglądać Września. W każdym razie kiedy przefiltrować obraz przez wspomnienia związane z bliskimi miejscami. Narzędzie (stary aparat) i forma publikacji idealnie pasują do tematu.
fot. Ireneusz Zjeżdżałka, z cyklu "Mały atlas mojego miasta"
"Mały atlas mojego miasta" jest cudownie sentymentalny, to prawdziwa celebracja małomiasteczkowości w pełnej krasie jej nijakości. Te obrazki (i rzeczywistość, którą pokazują) nie przystają do świata pokazywanego w kolorowych mediach. Ale ten świat też da się lubić, nie wszystko musi być śliczne i błyszczące - chyba nawet lepiej, żeby nie było. Te fotografie to nie tyle szukanie piękna w codzienności, co komunikat, że taka powierzchowna atrakcyjność nie jest potrzebna do życia. Wiersze towarzyszące każdej fotografii zmuszają do zatrzymania się przy każdym obrazku, dzięki czemu książka ma dość równy, niespieszny, monotonny rytm. Chwilami przeszkadza mi tylko to, że czasem haiku są zbyt "głośne", że zagłuszają niektóre zdjęcia, zamiast z nimi współgrać.
fot. Ireneusz Zjeżdżałka, z cyklu "Mały atlas mojego miasta"
Co prawda ze względów czysto fotograficznych zdecydowanie wolę eleganckie kwadraty, z jakich znany jest Zjeżdżałka, ale tutaj w połączeniu z tekstem format 6 x 9 cm bardzo ładnie się sprawdza. Swoją drogą, jestem ciekaw, czy zdjęcia i wiersze powstawały osobno i dopiero potem zostały ze sobą skonfrontowane i odpowiednio ułożone, czy wiersze były reakcją na poszczególne zdjęcia, czy też może odwrotnie.
Oby więcej takich tomików ukazywało się w naszym kraju. I nie chodzi mi nawet o prowincjonalną tematykę - wszak małą ojczyzną może być dzielnica dużego miasta - ale o inicjatywę i przekonanie, że nawet taką miniaturę warto wydać. Oczywiście co kto lubi, ale ja mam w tej chwili z tą książeczką tylko jeden problem - jest tak malutka, że nie bardzo wiem, gdzie i jak ją położyć na półce ;-)
PS Trudno się nie uśmiechnąć, na widok różowej czcionki na okładce.
Marcin Myszkiewicz i Ireneusz Zjeżdżałka "Mały atlas mojego miasta"
liczba stron: 78
format: 75 x 111 mm
okładka: miękka
cena: nie więcej niż 10 zł (ale weź to znajdź i kup...)
Autor:
elkac
o
03:30
0
komentarze
Etykiety: fotografowie, książki, polska
